Rejony Uniwersytetu Warszawskiego, które powinny być oazą spokoju dla startujących w dorosłość młodych ludzi są pełne, klnących na prawo i lewo, wściekłych kierowców. Co jest powodem ich frustracji?
830
Scenariusz każdego dnia wygląda podobnie. Godziny wczesnoporanne, budzik, szybki prysznic i jeszcze szybsze śniadanie - Marek szykuje się do kolejnego dnia na uniwersytecie. Wybiega z domu, wskakuje do samochodu i próbuje przecisnąć się przez zapchaną Warszawę. Jak każdy w stolicy Polski, kto codziennie musi zmierzyć się z czasem w drodze do pracy, szkoły czy jakiegokolwiek innego miejsca, gdzie wymagane jest przybycie o konkretnej godzinie, zna tysiące sposobów na ominięcie korków. Z radia zamiast przyjemnej muzyki słychać komunikaty drogowe, a pożyczony od ojca palmtop z automapą wskazuje nowe, zaplanowane dzień wcześniej w nadziei na zyskanie kilku cennych minut, trasy. Marek przewiduje natężenie ruchu ulicznego z zadziwiająca dokładnością - O, teraz skręcimy w lewo. Śmigniemy sobie mostem świętokrzyskim, bo trasa WZ będzie na pewno zapchana. Kiedy wreszcie zrobią tam ten wiadukt, przecież ten przystanek tramwajowy na środku ulicy przy starówce to jakiś kompletny absurd! Dobra, jesteśmy już blisko. Popatrz, tutaj będą budować stadion narodowy. Tylko teraz musimy trzymać się tutaj prawego pasa. O, teraz widzisz dlaczego - kierowca pokazuje na kordon samochodów, ustawionych do skrętu w lewo, ciągnący się aż po horyzont- wszyscy oni chcą się dostać do Trasy Łazienkowskiej. Dobrze, że my jedziemy gdzie indziej. Po chwili dojeżdżamy na Powiśle, w rejony biblioteki uniwersyteckiej. Marek wyraźnie zwolnił, pomimo, że do uczelni został jeszcze kawałek. Pytany dlaczego, odpowiada – Dalej nie ma sensu jechać. Warszawska Tamka to linia oddzielająca biednych od bogatych. Nie tylko ze względu na podział między pamiętającą jeszcze czasy wojny Pragą i całym prawym brzegiem Wisły, a resztą miasta. Na górze stoją ci, którzy mogą sobie na to pozwolić, pracujący. Miejsce przymierającego głodem studenta jest tutaj, pod nimi. To granica płatnego parkowania.
915
We dwóch krążymy jego volkswagenem Golfem. Ulica Leszczyńska, Browarna, Lipowa, Wiślana, Drewniana, znów Leszczyńska i tak w kółko. Do diabła, za dziesięć minut zaczynam zajęcia. W końcu uradowany dostrzegam wolne miejsce. Z dumą i przekonaniem, że znalazłem rozwiązanie problemu pokazuje piękną zatoczkę kierowcy. Tu nie można, kawałek wcześniej jest zakaz parkowania. Stoimy na światłach. W lusterku dostrzegam, że na wskazane przeze mnie miejsce wjeżdża najnowsza honda civic. Marek tłumaczy mi tę sytuacje – Wszyscy tak robią. Jakbyśmy przyjechali pół godziny później, to nawet na tych zakazach nie byłoby choćby wolnego centymetra. Może ten koleś ma teraz jakieś kolokwium na którym musi być, śpieszy się, jak my wszyscy tutaj. Nie ma wyboru, gdzieś ten samochód musi zostawić. Zaintrygowany dopytuję się, co w takim razie z przepisami, ich egzekwowaniem przez policję. Policja na szczęście nie zajmuje się takimi głupotami. Co innego straż miejska. To frustraci, którzy byli za kiepscy, by dostać się do policji. Lubią pokazywać władze. No, ale w końcu to ich praca. Zresztą popatrz jaką on jest furą. Stać go na mandaty. Skrupulatna kalkulacja przemawia jednoznacznie za właścicielem hondy. Zakładając, że codziennie ma on około trzech zajęć, ćwiczeń i wykładów, to spędza na uczelni, łącznie z przerwami, około pięciu godzin. Według cennika taki płatny postój to wydatek około 12 złotych. Jeśli pomnożymy tę sumę przez pięć dni, to tygodniowo zostawia on w niebieskich maszynach 60 złotych. Tym sposobem można sobie pozwolić na co najmniej dwa mandaty miesięcznie i jeszcze wyjść na swoje. Przy odrobinie szczęścia w unikaniu patroli, szczególnie policyjnych, bo ich taryfikator przewiduje za to wykroczenie karę od 100 do 200 złotych, to się naprawdę opłaca.
945
Po pewnym czasie udaje nam się zaparkować na ulicy Lipowej. Szybkim krokiem, mijając studentów zmierzających w stronę BUW-u, przechodząc przez mały park, wchodzimy pod górkę ulicą Oboźną. W połowie drogi dostaję zadyszki. Spokojnie, po paru razach się przyzwyczaisz. Można złapać kondycje, to lepsze niż WF. Choć w moim wypadku to trochę trudne, bo jestem palaczem. To odległość akurat pozwalająca wypalić jednego papierosa. W sumie to nawet polubiłem tę trasę. Szczególnie w drugą stronę, jak wracam – żartuje Marek wydmuchując co chwila z ust kłęby dymu. Wspinając się tą symboliczną granicą oddzielająca dwie, jakże różne części Warszawy, obserwujemy autentyczne tłumy. To dowód na to, że większość zmotoryzowanych żaków ma podobne problemy co Marek. Moją uwagę przykuwa dwójka młodych mężczyzn, nie śpieszących się jak pozostali i wyraźnie odróżniających się od studentów. W dość dyskretny sposób zaglądają oni do stojących wzdłuż ulicy samochodów. To pewnie złodzieje. Albo przynajmniej zwiadowcy, którzy sprawdzają, czy w którejś bryce jest coś cennego, czy ktoś na przykład zostawił radio w środku. Później dają znać komuś, kto odwala mokrą robotę. Według mnie ze złodziejami współpracują przede wszystkim te żule, alkoholicy i bezdomni, którzy żebrzą o kasę, w zamian za pseudopilnowanie pojazdów i pokazywanie miejsca do parkowania tu na górze. Spróbuj takiemu nie rzucić paru groszy, a zaraz porysuje ci samochód. Jednak po pytaniu o to, czy taka złośliwość ze strony tych ludzi jego też spotkała, odpowiada przecząco. Nie oznacza to jednak, że nie rozumiem tego, że taka, spotykana codziennie, nachalność bezdomnych może być irytująca. Także włamania do aut Marek zna jedynie z opowieści „znajomych znajomych” a nie z autopsji. Wątpliwości budzi możliwość ich przeprowadzenia na oczach tylu osób, krążących w tej okolicy praktycznie o każdej godzinie, czy przy obecności, stojących tu dosłownie na okrągło, rozdawaczy ulotek. Jednak trzeba pamiętać, że spryt takich złodziejaszków i umiejętności zastraszania potrafią być zaskakujące. Dowodem na to, że problem ten nie jest jedynie wymysłem Marka, jest ostrzeżenie redaktor Agnieszki Majle, o kradzieżach na tej ulicy, w piśmie studentów UW Internetowy Uniwersytet.
1005
Czekając na bohatera swojego reportażu przyglądałem się pracy straży miejskiej. Punktualnie o godzinie dziesiątej zaczęli oni marsz pod górkę, przemierzaną przez nas chwilę wcześniej, ulicą Oboźną. Działają jak automat, mandacik, zdjęcie dla dowodu i kolejny samochód. Do połowy trasy karali za parkowanie na zakazie postoju, później, już na wyznaczonych miejscach, za brak biletu z parkometru. Absurdem jest sytuacja, że na jednokierunkowej ulicy, mniej więcej do jej połowy, nie można się zatrzymywać. Parkometry, kilka metrów wyżej, ustawione są w miejscu, gdzie ulica wcale nie jest szersza, co by ewentualnie uzasadniało zakazy na dole. Jedynym powodem pozostaje wspomniana wcześniej linia płatnego parkowania przebiegająca dokładnie w połowie ulicy Oboźnej. Dlaczego więc niżej nie można parkować za darmo, tylko ustawiono tam zakaz? To złośliwość Zarządu Dróg Miejskich. Czysta chęć zysku, tylko tyle, a nie jakieś walory bezpieczeństwa, czy logiczna organizacja ruchu. Poza tym proszę zwrócić uwagę, że oni omijają niektóre samochody, pomimo, że nie mają one wykupionych biletów, ani też na pewno nie są mieszkańcami pobliskich domów. Czy to auta ludzi, którzy dogadali się, niekoniecznie w legalny sposób, ze strażą miejską? Nie wiem, ale wraz ze znajomymi często się nad tym zastanawiamy – twierdzi Andrzej, przyglądający się wraz ze mną pracy patroli, student trzeciego roku politologii. Korzystając z jego wolnej chwili dociekam, czy rzeczywiście nie ma innych miejsc przeznaczonych dla ludzi uczących się tutaj. A gdzie tam. To znaczy na wydziałach jest pełno bezpłatnych miejsc, ot chociażby na tyłach Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych. Ale wszędzie są szlabany, albo jacyś ciecie przeganiają cię z zaciekłością wściekłego psa. Trudno mi uwierzyć, by największa polska uczelnia, posiadająca tak wielkie tereny, nie zapewniała, chociażby małej ilości, miejsc parkingowych dla tych, którzy to wybrali właśnie ją, a nie troszczące się o problem zmotoryzowanych, prywatne szkoły wyższe. My bardzo chętnie płacilibyśmy jakieś rozsądne ceny za te miejsca. Wtedy przynajmniej te pieniądze szłyby na konto uczelni, a nie miasta, które nie wiadomo co z nimi później robi. Czy to taki problem zorganizować jakiś system miesięcznych, czy semestralnych abonamentów? Wydaje się jednak, że nawet to nie pozbawiłoby kierowców zmartwień, bo przecież nie dla wszystkich starczyłoby miejsc.
Rozwiązaniem wydają się być parkingi podziemne. Z nimi jest w Warszawie straszny problem. W BUW-ie ceny są wzięte z kosmosu. Ale w podobnej sytuacji są też ludzie pracujący w Śródmieściu. Nie mają gdzie zostawiać aut, nawet jak mogą sobie pozwolić na płacenie za parkometr, bo po prostu nigdzie nie ma wolnych miejsc. Myśleli, że jakimś rozwiązaniem będzie parking podziemny w centrum handlowym Złote Tarasy. Ale tam też każą sobie płacić. Znam takich, którzy jadąc spod Warszawy, najpierw parkują za darmo w Arkadii, by później dojechać jeszcze do pracy kilka przystanków tramwajem - dodaje Andrzej żegnając mnie i kierując się na wykład. Parkingi podziemne są kłopotliwe również, jeśli chodzi o ich budowę. Szczególnie w rejonach Krakowskiego Przedmieścia, gdzie chaos wynikający z jego modernizacji zwiększył się znacząco po zmianie we władzach stolicy. Na konferencji prasowej Mirosław Kazubek, dyrektor ds. inwestycji w Zarządzie Dróg Miejskich i Szymon Baranowski z Biura Naczelnego Architekta Miasta przyznali, że plany zbudowania parkingów podziemnych pod placem Trzech Krzyży i placem Teatralnym są już nieaktualne. Warto przy okazji dodać, że poprzedni prezydent Warszawy, Lech Kaczyński, był przeciwny poszerzeniu strefy płatnego parkowania między innymi o Powiśle, Muranów i Mariensztat, głównie ze względu na konflikt WaParku z miastem, które to przejęło parkometry od tej firmy w 2003 roku.
1335
Marek wreszcie skończył zajęcia. Wyraźnie uradowany tym faktem podąża w stronę swojego Golfa. K…mać! Znowu! – wydziera się na widok wetkniętego na wycieraczkę mandatu. Pomimo, że nie zaparkował na zakazie, to strażnicy znaleźli inny pretekst. Było nim parkowanie wzdłuż linii podwójnej ciągłej, rzekomo uniemożliwiające swobodne wymijanie się innych pojazdów. Zdenerwowany agresywnie zdziera z szyby naklejkę, informująca o tym, że funkcjonariusze zrobili zdjęcie jego samochodu, które później posłuży jako dowód wykroczenia. Zgniata mandat w garści i wrzuca do schowka na desce rozdzielczej. Przez całą drogę wygłasza, zasłyszane od znajomych studentów prawa, opinie, że wystawianie mandatów na pojazd, a nie wręczane do ręki na nazwisko, jest nielegalne. Dodatkowo tłumaczy mi, ile to istnieje cwanych sposobów na przechytrzenie straży, począwszy od pożyczania, od kierowcy stojącego obok, biletu z parkometru, po wkładanie trójkąta ostrzegawczego za tylną szybę, który oznacza awarie pojazdu i usprawiedliwia nieprawidłowe parkowanie. Pomimo tych wszystkich wspaniałych metod i nie stawienia się na wezwanie do zapłacenia grzywny, funkcjonariusze i tak osiągają swoje. Uiszczenie opłaty odbywa się poprzez odliczenie należności od zwrotu z podatku.
Podsumowując, sama droga Marka na uczelnię trwała 25 minut, a szukanie wolnego miejsca o pięć minut dłużej, co wydłuża całą podróż do niemal godziny. To pokazuje, jak wielkim problemem jest parkowanie pojazdów w rozrastającej się i coraz bardziej zatłoczonej, stolicy. Z pozoru błahe zadanie jest dla wielu ludzi, utrudniającym życie, horrorem. Ilość wynikających z tego absurdów jest wprost niewiarygodna. Jednym z nich jest, opisana niedawno przez Gazetę Wyborczą, sytuacja pani Pauliny Makarczyk. Mieszka ona w centrum, ale z powodu tego, że jeździ samochodem niezarejestrowanym na nią, nie dostała ona zaświadczenia od ZTM pozwalającego na bezpłatny postój pod jej domem. Do pracy codziennie wyjeżdża dopiero po godzinie 10, ale wstawać musi przed 8, by opłacić te dwie godziny i włożyć za szybę bilet z parkometru. Sytuacja jest coraz bardziej paranoiczna, a jutro tysiące kolejnych osób czeka znów ten sam problem. JZ
Dla wielu ludzi ślub i wesele to jeden z najważniejszych dni w życiu. Skrupulatnie planowany, często nawet rok na przód. Niektórzy narzeczeni od razu wiedzą, jak to wszystko powinno wyglądać i nie mają najmniejszych problemów z organizacją swojego święta, a inni z kolei w ogóle nie wiedzą od czego zacząć i ciągle zmieniają decyzję. Do naszego specjalnego ślubnego serwisu zapraszamy oczywiście wszystkich – mamy nadzieję, że niezdecydowanym pomoże, a zdecydowanych być może zainspiruje nowymi pomysłami.
więcej...